
Siedziba Senatu USA
Co byś zrobił, gdyby nagle na twoim koncie znalazło się 50 milionów dolarów. Na co przeznaczyłbyś taką sumę? A może sfinansowałbyś z niej kampanię wyborczą, która zaprowadziłaby cię do amerykańskiego Senatu?Tak właśnie zamierza zrobić Linda McMahon, kandydatka startująca z ramienia Partii Republikańskiej. Otwarcie przyznaje, iż jest gotowa wydać, jeżeli to będzie konieczne, nawet 50 milionów dolarów aby znaleźć się w Waszyngtonie. Kampania w jej macierzystym stanie, Connecticut, już ruszyła na całego.
Wielokrotnie próbowaliśmy się skontaktować z samą panią McMahon. Bezskutecznie. Przedstawiciele jej sztabu wyborczego ciągle powtarzali, iż jest ona zajęta i nie znajdzie czasu na rozmowę. Zdecydowaliśmy, że to my złożymy jej wizytę w miejscowości Hartford.
Trafiliśmy akurat na jej debatę z dwoma kontrkandydatami do senatorskiego mandatu. Nie były to osoby biedne, ale w porównaniu ze środkami, jakimi dysponuje Linda McMahon, ich wyborcze budżety wyglądają nader skromnie. Peter Schiff uzbierał "tylko" 17 milionów, a Rob Simmons przeznaczył na swoją kampanię zaledwie "marne" 3 miliony dolarów.
Do niedawna nazwisko McMahon było znane raczej wyłącznie w gronie fanów wrestlingu. Jej mąż, Vince McMahon, to jeden z założycieli organizacji World Wrestling Entertainment, która zrzesza profesjonalnych zawodników tej dyscypliny zapasów.
Jak twierdzi, Linda McMahon z upadającego przedsięwzięcia, wraz z mężem uczynili dobrze prosperujący biznes. Co najważniejsze, teraz jego zyski są liczone w miliardach dolarów.
Kandydatkę zresztą można bardzo często spotkać podczas walk organizowanych przez WWE - nawet w samym środku ringu, otoczoną przez znanych wrestlerów. Krytycy zarzucają jej, że jest zupełnie nieprzygotowana do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji i wykorzystuje swój majątek aby po prostu kupić sobie miejsce w Senacie.
To nie pierwszy raz, kiedy zarzut próby "kupienia" mandatu zostaje podniesiony publicznie w stosunku do Lindy McMahon. Podczas przedwyborczej debaty w Hartford, kandydatka podkreślała, że nie da się po prostu zapłacić za miejsce w Senacie. - Do tego potrzeba głosów wyborców - argumentowała.
Jej rywal, Rob Simmons, mówi jednak otwarcie, iż nie da się rywalizować z osobą, która dysponuje tak olbrzymimi środkami, które jest gotowa przeznaczyć na kampanię wyborczą. - Ona lubi podkreślać, że nie potrzebuje tych wszystkich milionów, ale zależy jej przede wszystkim na głosach wyborców - dodaje.
Eksperci przewidują, że tegoroczna kampania może być jedną z najbardziej kosztownych w historii tej izby. Zdaniem przedstawicieli "The Center for Responsive Politics" całkowity nakład środków finansowych przeznaczony na ten cel może sięgnąć nawet 3,7 miliarda dolarów. - W polityce nie widać żadnych symptomów recesji - podkreślają analitycy.
Niezaprzeczalną przewagą Lindy McMahon nad jej rywalami jest to, że dzięki swojemu majątkowi nie musi tracić czasu na publiczną zbiórkę funduszy. Może wydać praktycznie dowolne środki na reklamę w gazetach, telewizji czy stacjach radiowych. Stać ją także na wynajęcie najlepszych specjalistów w dziedzinie politycznego marketingu. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, iż szef jej kampanii zarabia blisko 300 tysięcy dolarów rocznie.
W stanie Connecticut, gdzie blisko 37 tysięcy rodzin musi zmierzyć się z widmem utraty domów, McMahon właśnie kupiła posiadłość wycenianą na 4 miliony dolarów. To nie jedyna ekskluzywna nieruchomość, jaką posiada kandydatka - swoje "cztery ściany" ma także w Greewich, Las Vegas oraz Raton na Florydzie.
Sama nazywa się "fiskalną konserwatystką" i uważa, iż w tym kierunku powinna podążać polityka Waszyngtonu. Nasuwa się tylko jedno pytanie - ile będzie ją to kosztować? Jaka będzie "opłata za wejście" do świata wielkiej polityki, którą będzie musiała ponieść?
Czy myślisz, że trzeba być bogatym, aby wygrać wybory? Niekoniecznie, ale eksperci przekonują, że duży majątek może kandydatowi jedynie pomóc.
Sąsiedzi Polski - czekamy na Wasze opinie
Zrodlo:
http://wiadomosci.onet.pl